To coś to wszystko to oni mogą mi jeszcze dać, czyli mówiąc trywialnie - pieniądze. Zdaję sobie sprawę, że pisząc to udowadniam wielu, że jestem egoistycznym materialistą, ale mam swoje powody. Tych, którzy już sobie o mojej postawie wyrobili zdanie nie przekonam, ale chce mieć usprawiedliwienie przed samym sobą. poza tym ten blog czytam i tak tylko ja, więc chyba pasuje
Otóż taka motywacja powstała po dojściu do wniosku, że pieniądze są niestety bardzo ważne. Dzięki nim mogę przeżyć na prawdę fajne chwile - pojechać na obóz, zdobyć patent żeglarski, chodzić na lekcje perkusji itd. Przez długi czas dawali kasę na różnego rodzaju kursy, których ja nawet nie chciałem, a gdybym wtedy czegoś chciał to bym ich na pewno naciągnął. Ostatnio jednak, ojciec uznał, że skoro go nie szanuje (i tak się w końcu stało - im bardziej on mnie karał za to, że go nie szanuję tym mniej go szanowałem) to nie zasługuje na obóz językowy (który był już wybrany, i który obiecywał mi od 1 klasy - “już na niego zbieram”).
Miałem na niego na prawdę dużą chęć i żałuję, że wtedy nie docisnąłem sprawy do końca. Wtedy myślałem, że nie będę od nich nic brać co nie jest mi niezbędne. Teraz wiem, że bez sensu mam rezygnować z czegoś co normalnie bym dostał gdyby nie ten konflikt. Gdybym wiedział wtedy to co teraz, nie miałbym skrupułów i załatwiłbym obóz (a teraz pewnie bym się pakował).
W każdym razie patrząc na ich sytuację materialną i dotychczasowe praktyki (a także praktyki wobec brata), widać, że gdybym był grzecznym potulnym synkiem już bym tam był. Stąd można wnioskować, że (pomijając bycie niegrzecznym), obóz mi się należał (wiem, że to niefortunne słowo).
Więc czemu miałbym rezygnować z tych jakże realnych korzyści w zamian za poczucie, że przez te wszystkie lata bylem nieugięty w mojej postawie? Rachunek się nie równoważy. To okrutne, ale niestety muszę uznać, że strona pieniężna przeważa. Co mi z poczucia? Za ile je sprzedam kiedy będę musiał przeżyć do 1ego? Jeśli utrzymam relacje z nimi na odpowiednim poziomie (brak miłości i innych bzdetów, ale też brak otwartej wrogości) to mogę sobie zapewnić np. studia, albo nawet mieszkanie w przyszłości.
I nie chodzi tu o obdzieranie dobrodusznych rodziców z pieniędzy pod pozorem powrotu syna marnotrawnego. Tu chodzi o prowadzenie dalszej zbilansowanej polityki tak, aby uzyskać jak najwięcej od nich, jednocześnie próbując utrzymać niezależność. Pasuje to do teorii, że najlepszy jest zloty środek (mimo, że drogi radykalne są o wiele łatwiejsze - jedziesz po bandzie i nie przejmujesz się balansowaniem) I żeby było jasne: to nie są dobroduszni biedni ludzie. Patrząc na ich sytuację materialną POWINNI mi to zapewnić (jako że obowiązkiem rodzica jest zapewnienie dziecku przyszłości - bogatsi robią to tak, biedniejsi inaczej - każdy jak umie.)
Z tego powodu myślę, że warto na chwilę schować dumę, godność i wrodzoną chęć walki o swoje, przywdziać pokutne szaty i pójść do Canossy.
Każdy średnio rozgarnięty człowiek wie, że to wyrażenie pochodzi od sporu o inwestyturę. To był największy konflikt papieża z cesarzem w historii. Dwaj władcy o wielkich wpływach. Mniejsza o przyczynę. Ważne, że w po nałożeniu ekskomuniki i konflikcie z wasalami cesarz musiał ukorzyć się przed papieżem, stojąc przez 3 dni przed zamkiem w Canossie - tymczasowej siedzibie papieża.
Moją Canossą będzie Kanaposa - siedziba pana i władcy. Napisze ten jego pokorny list - niech się cieszy. I tak będzie wiedział, że to nieprawda, ale nie będzie mógł nic zrobić - wszystkie warunki zostaną spełnione. Chyba, że rozpocznie kolejną awanturę zarzucając mi, że list był nieszczery i żąda listu o tej samej treści, ale szczerego, czym zupełnie się zbłaźni.
Najwięksi z Rzymian wiedzieli, że czasem trzeba przegrać bitwę, by wygrać wojnę.
A dla tych, którzy obawiają się, że ktoś się włamał na moje konto i publikuje treści do mnie niepodobne, od razu piszę, że choć cesarz musiał ustąpić, kilka lat później zdetronizował papieża, który umarł na wygnaniu.